Thursday, October 18, 2007

0.5 (sic!) (sic!) (sic!)

Ni stad, a juz na pewno nie stamtad, postanowilam zrobic aktualizacje. Widac z nimi tu tak, jak z tymi na legendarnym erpegowcu. Korekty tez brak (:P), a nawet polskich znakow.

Zatem w ramach aktualizacji:
a) We wrzesniu wrocilam na studia. Dzis mialam juz nawet pierwszy wazniejszy egzamin (od trzech lat? nie liczac TOEFLa). Wynikow, rzecz jasna, jeszcze nie ma, ale moge zapewnic, ze ich nie opublikuje. Tak szczerze, miedzy nami: po co komu czternascie do dwudziestu samoglosek, he? No i jak wiele szel ("schwa") mozna zmiescic w jednym boguduchawinnym wyrazie?? Niech im bedzie. Fonetyka ze mnie nie zrobia.
Poza midtermowa kleska, ogolne wrazenia sa jak najbardziej pozytywne. Jak wszystko pojdzie zgodnie z moim planem, to za trzy lata powinno byc po wszystkim. Roznica w systemie jest spora. Mi i tak najbardziej podoba sie kampus. Gdyby ktos mial ochote, zapraszam na www.utoronto.ca. Gdzies pewnie jest jakas galeria. Zawsze chcialam chodzic do szkoly, ktora znajduje sie w jakims starym budynku. (Ach, Konvikt w Olomuncu!!!) Pamietam, bylam z kolezanka w szkole muzycznej w Katowicach, wtedy jeszcze w budynku Akademii Muzycznej i tylko myslalam sobie, ze to musi byc zupelnie inaczej. W jakims sensie jest przyjemniej, ale czy jakos bardzo inaczej... Pewnie nie, choc i tak mi sie podoba. Wyklad z jezykoznastwa mam w Budynku Gornictwa (sic!). Audytorium nie jest zbyt duze, ale za to dosc przytulne. Lawy z ciemnego drewna, rzad po rzedzie, a na tej czesci biurkowej (jak to zwac??) mnostwo wyrytych "jo tu bylem". Nie brzmi pewnie najlepiej, ale wyglada uroczo. (Nie, nie zostawilam sladu po sobie i nie zostawie.)
Ludzi poznaje sie znacznie wolniej niz w polskim systemie, ze wzgledu na to, ze kazdy kurs, to inna grupa ludzi. Czasem widujesz ich raz na tydzien. Czasem jest ich okolo 500. Jak narazie nie narzekam. Jest nawet jeden ziomek, ktory na dodatek tanczy w jakims zespole folklorystycznym i ma rasowego staropolskiego... wasa. Don't ask...
W ramach podsumowania, jak narazie idzie niezle, wciaz jest entuzjazm, pieniadzy jakos starcza. Czy wspominalam juz, ze zajecia mam cztery dni w tygodniu, a w pozostale cztery (sic!) pracuje jak pracowalam? Tak, zycie na zachodzie lekkie nie jest... ech...

b) Zycie pozaszkolne i poza praca istnieje w wydaniu bardzo ograniczonym. Mamy wlasnie Zloty Wiek jesli chodzi o moje stosunki rodzinne. Kto by pomyslal?! Czasem cos sie obejrzy w kinie czy cos poczyta nie zwiazanego z Chomskym czy innym Lagefogedem. Najblizsze dwa tygodnie zapowiadaja sie bardzo rozrywkowo. W piatek ide na koncert She Wants Revenge, w sobote na M.I.A. (a wczesniej wybory - tak, tak, tu sa w sobote), w kolejna sobote na wesele, a w Zaduszki na Múm. Gdzies w miedzyczasie napisze tylko cztery quizy z Greki, jeden z fonetyki, midterm z jezykoznastwa antropologicznego i pewnie jakas kartkowke z niemieckiego. Zapowiada sie ciekawie. Gdzie czas na sen?

Od tygodnia mam ochote na grysik, ale caly czas zapominam kupic kasze manne. Zrobilam nawet budyn (Winiary), ale byl paskudny. Wreszcie dzis, robiac zakupy w Little India (uczac sie pilnie co to jest gourd i jak to on nie ma nic wspolnego z karela), patrzac na tysiac odmian fasoli, soczewicy i grochu, przypomnialo mi sie! Pytam pani czy maja "semoline", a ona "Tak, tak, w pierwszym rzedzie"
. Szukam i szukam. Nic. Wreszcie zaczynam sprawdzac dolne polki i cos wyglada mi jak kasza manna. Nazwywa sie jednak sooji. Po blizszych ogledzinach stwierdzam, ze to musi byc grysik! Pani potwierdzila i tak zakupilam pokazna jego ilosc. Mniam!

Od jakichs dwoch tygodni mam okulary! Cos mi migalo przed oczami, poszlam na badanie i sie okazalo, ze mam - lekki, bo lekki - astygmatyzm. Wcale nie zamierzalam sprawiac sobie okularow (tak mnie na nie teraz stac, ze slow szkoda), ale jednak w pewnym momencie stwierdzilam, ze chyba faktycznie ich potrzebuje. Et voila! Okularnica. Nie musze ich nosic caly czas. Tylko do czytania, do szkoly, przed komputer.





No to chyba tyle.
Jesli jestes jedna z osob, ktorej akurat zdarzylo sie tu zajrzec, a do ktorej powinnam juz dawno napisac: przepraszam. Mam liste! Pamietam! Staram sie! W folderze "Drafts" jest juz nawet kilka poczatkow: moze akurat do Ciebie?!
Jesli jestes jedna z osob, ktora powinna juz dawno do mnie napisac: mam nadzieje, ze masz dobra wymowke albo przynajmniej, tak Ci glupio jak mi. Nie martw sie! Jestem wyrozumiala: napisz!


O! prawie zapomnialam. Mam taki maly apel, prosbe znaczy sie: czy moglabym prosic (egoistycznie jak tylko sie da), zeby tempo w jakim sie wszyscy parujecie i rozmnazacie nieco opadlo? Bede baaardzo wdzieczna.
Jesli jednak jestes juz po slubie, zaplodnieniu, zareczynach: serdecznie Ci/Wam gratuluje i zapewniam, ze wszystkie zaleglosci nadrobie!!


Malo skladnie dzisiaj wyszlo (moze dlatego, ze syntaks bede robic dopiero w przyszlym roku). Przepraszam w kazdym razie.

P.S. Pani Agnieszka wreszcie sie spisala: 24. wrzesnia (sic!) Dzial Transferow UofT otrzymal moj upragniony wyciag z indeksu. Dziekuje.

Posted by K at 01:05:57 | Permanent Link | Comments (55) |

Tuesday, May 08, 2007

0.4

Cultural update (i.e. what I'm up to these days):

muzyka:

- Amy Winehouse, przede wszystkim "Frank", choc "Back to Black" zle nie jest;

- Great Lake Swimmers - tutejsze, banjo czasem zakrawa pod country, ale sie broni; ladne jest po prostu;

- Damien Rice "0" - znow i wciaz; "9" jakos mnie nie przekonuje;

- John Legend "Once Again" - bo niewielu potrafi byc tak uroczo bezczelnym; jego cover "Don't you worry about a thing" ze sciezki do "Hitch" tez czesto sie odzywa w moich glosnikach;

- Erykah Badu - one and only

- i pare piosenek, do ktorych nie mam odwagi przyznac sie publicznie, ale poprawiaja mi nastroj od czasu do czasu...:)

 

film:

- "Scoop" Woody Allen - slyszalam rozne rzeczy, ale mi sie podoba,

- "SpiderMan 3" - don't ask... (pierwszych dwoch nie widzialam),

- "Fracture" , wyst. Anthony Hopkins i Ryan Gosling - chwilami irytujace, ogolnie nie najgorsze, choc nic nowego,

- "Click" - tym bardziej bez komentarza, yhh... (i co ja sie wstydze tych paru piosenek?)

- "Friends with Money" - kolejne potwierdzenie, ze nikt nie jest normalny, a jesli niedaleko mu od tego, to jakies problemy i tak sie napatocza; dosc depresyjne wg mnie;

- "Devil wears Prada" - ze niby na swiecie az roi sie od Kopciuszkow... 

Widzialam tez zapowiedzi:

"Shrek 3" - obawiam si, ze beznadziejne

"Martian Child" - kino familijne w dramatycznym wydaniu, ja jestem na tak

"Across the Universe" - uczucia mocno ambiwalentne

"Bourne Ultimatum" czy cos takiego - zapowiada sie dobrze,

"28 weeks later" - hmm, nie wiem czy to jakis wielki obciach czy cos, ale o "28 days later" do ubieglego tygodnia nie slyszalam w ogole; wczoraj nawet lecial w telewizji i probowalam obejrzec, ale chyba nie bylam najlepszym do tego humorze; do rzeczy: trailer do sequela jest pierwszorzedny, ale w koncu od tego sa trailery; 

 Katem oka widzialam tez zapowiedzi filmu "The Simpsons" i troche sie boje, co z tego bedzie.

 

Ukulturalniam sie maksymalnie. I tak na przyklad w przyszla niedziele, tutejszy Dzien Matki, razem z siostra zabieramy nasza na przedstawienie "One" z Lewandowska, Scibakowna, Olszowka i Kozuchowska. Nie wiem o sztuce zbyt wiele, ale plakat bardzo gustowny. Na poczatku czerwca natomiast, idziemy z siostra na "Zaryzykuj wszystko" w rez. Grzegorza Jarzyny w ramach festiwalu "Luminato". Znow, o samej sztuce wiem tyle, ile wyczytalam w internecie, ale zawsze chcialam zobaczyc cos ktoregos z tych "modnych" rezyserow. Tyle sie naczytalam peanow na ich czesc, ze moze czas samej sie przekonac. 

 Jesli chodzi o sztuki plastyczne, to tutejsza scena jakos nie jest zbyt imponujaca. Wszystko, co dobre, pochodzi raczej spoza Kanady. Tutaj ogolnie bardzo latwo otrzymac tutul "artysty", a wiekszosc i tak jest samozwancza. 

I jeszcze jedno! Nie wiem czy bardzo sie skompromituje ponizszym wyznaniem, ale co tam. Wczoraj niejaki Bernard, Kanadyjczyk z Nowego Brunszwiku, z ktorym chodze na zajecia do Alliance Francaise, poinformowal mnie o istnieniu wybitnego polskiego artysty: malarz, rzezbiarz, pisarz, filozof, "jeden z najwiekszych" XX wieku. Nie pamietal imienia, nie potrafil wymowic nazwiska, ale je napisal. Myslalam, ze moze cos pomylil, ze moze cos przekrecil, bo - szczerze - absolutnie nic mi ono nie mowilo. W sali byl na szczescie komputer, wiec wpisalismy je w Google i... Artysta porownywany przez niektorych z Leonardem da Vinci, przez di Caprio podziwiany, ktory samodzielnie przeprowadzil sekcje zwlok wlasnego ojca, by oswoic sie z ludzka anatomia jest mi zupelnie nieznany! Moze sie myle, moze o czyms zapomialam, ale wydaje mi sie, ze nigdy o tym czlowieku nie slyszalam, ani nie czytalam. Stanislaw Szukalski. Anyone?

 

Posted by K at 00:09:23 | Permanent Link | Comments (12) |

Sunday, April 29, 2007

0.3

Pani Agnieszka z dziekantu na Zytniej nie odzywa sie juz od poltora miesiaca! Probuje byc obiektywna i obmyslam coz to za miliony bardzo waznych spraw pani Agnieszka ma codziennie do zalatwienia, co nie pozwala jej spedzic okolo 5 minut nad moja prosba. Przeciez obiecala! Czasami bywam nawet kreatywna, dlatego nie mialam problemow z usprawiedliwieniem jej milczenia przez pierwszy tydzien, drugi, nawet trzeci!! Z czwartym bylo juz trudniej, wiec postanowilam sie przypomniec: grzecznie, nienachalnie. Cisza. Grob. Czas znow przecieka mi przez palce, a ona wciaz milczy, co - wstyd przyznac - nie wplywa najlepiej na moje poczucie wlasnej wartosci. Wlasciwie to malo co dobrze na nie wplywa. Gdy wieje cieply wiosenny wiatr, moje wlosy sa zupelnie nie tam, gdzie powinny na przyklad. Ide sobie ulica, wlasnie zbliza sie z przeciwka jakis uroczy mlody czlowiek, no a te wlosy sa zupelnie nie tam, gdzie byc powinny! Przygnebiona tym faktem ide sobie poprawic humor ulubionym deserem o ulubionym smaku bardzo czekoladowym, a tu kolejny cios we wlasne mniemanie: syn sprzedawcy, lat na oko cztery, uwaznie mi sie przygladajacy podczas calej transakcji (majstrujac cos za lada niepokojaco profesjonalnym srubokretem), przy samym jej koncu stwierdzil, ze ja to zawsze kupuje czekolade! Nawet on sie zorientowal, ze to moze troche za duzo, za czesto. Bo ja, to nie, skadze! Postanowilam zmienic metody pocieszania sie i zamiast czekolady (ach, kokosowy Ritter Sport...), przy pierwszej nadarzajacej sie okazji (a traf chcial, ze bylo to kolejne bardzo dramatyczne zlamanie serca), do podejrzanie wygladajacego napoju ananasowo-kokosowego dolalam znaczaca ilosc markowej czystej wodki (produkt skandynawski - w ramach reporterskiej scislosci). Ulgi potrzebowalam natychmiastowej, dlatego tez szklanke (czy ktos czasem nie nazywa/l ich literatkami?...) oproznilam bez zbednych ceregieli. Zdarzylo sie to w kuchni, aby w trybie rownie pilnym slady po wszystkim zamyc. Czytelnikowi niezaznajomionemu z topografia mojego tymczasowego domu, trzeba wiedziec, ze kuchnie i moj pokoj na pietrze dzieli jakies dwadziescia stopni. Wspinalam sie zatem, a w glowie szumialo. I juz wtedy zglosilo sie poczucie winy. Nie zeby jakos bardzo dobitnie. Wrecz przeciwnie: lagodnie zawirowalo niczym pozolkle jesienne liscie w jeszcze cieply pazdziernikowy dzien. Lozko bylo, na szczescie, dokladnie tam, gdzie pamietalam i zrobilam z tego dobry uzytek. Tuz przed zasnieciem (utrata przytomnosci? tozsamosci?), uslyszalam jedynie wyjatkowo slaby glos mojego ego, ze takimi metodami, to zajdziemy co najwyzej na druga strone ulicy. Obudzili mnie smieciarze, byl zatem piatek. Dzien byl sloneczny, choc wciaz chlodny. Pelna entuzjazmu i nowej energii po osiagnieciu kolejnego dna, zasiadlam przed kompterem. A tu co? Pani Agnieszka z dziekanatu na Zytniej jak milczala, tak milczy!

Posted by K at 02:57:29 | Permanent Link | Comments (1) |

Monday, March 12, 2007

0.2

Probujac nieustannie, choc i nieudolnie, poukladac sobie to i tamto w glowie i ponizej, dochodze do wniosku, ze chyba nie bedzie takiego momentu, gdy powiem sama sobie: "Dobra robota! Nareszcie wszystko jest tam, gdzie powinno."

Gdy mialam trzynascie lat, pisalam jakies idiotyczne notki w kilku specjalnych notesach: o pogrzebach, wzdychaniach do tego czy innego osmoklasisty, moich wlosach czy innych udach. W myslach narzekalam, ze moje zycie jest takie nudne i zwyczajne, ze prawdziwych dramatow - poza dojrzewaniem, rzecz jasna - nie miewam. Kolejne pare lat bylo jak spelnienie marzen: tragedie rodzinne, przyjacielskie i wszelkie inne siegaly mi niemal uszu. Oczywiscie wowczas wcale nie skakalam z zadowolenia, lecz skrupulatnie zajelam sie cierpieniem. Przeciez wlasnie po to spotykaja nas te wszystkie nieszczescia, zeby wreszcie skupic sie na sobie i raz po raz poplakiwac. Odkrylam, ze najlepsza metoda na pokonanie wszelkich demonow jest rozpowiadanie o nich wokol, by w ten sposob je niejako wydalic ze swojego systemu. Jak dla mnie dzialalo. Nie wiem, co na to ci wszyscy sluchacze, ale nie pamietam, zebym slyszala zbyt wiele skarg. Tak wiec brnelam sobie w lata, oddalajac od siebie wiecej i wiecej, zajmujac glowe innym tym i tamtym, i zdawalo sie, ze jestem coraz blizsza upragnionej beztroski.

Pozniej nastapil czas wielkich decyzji (przy metrze szescdziesiat, wszystko wydaje sie wieksze niz jest w rzeczywistosci, nawet przy slusznej wadze). One znow zamiotaly mi glowie. Wystarczyla chwila nieuwagi, a swiat wokol mnie rozpedzil sie na dobre i wydawalo sie, ze nie mam takiego wplywu na pewne rzeczy, jaki miec bym chciala. Obecnie heroicznie probuje cos z tym zrobic. Nie mam juz zludzen, ze wszystko jest w moich rekach. Nie licze, ze gwiazdka z nieba zostanie mi podana na srebrnej tacy - az tak naiwna chyba nigdy nie bylam. Teraz probuje zlapac oddech, poukladac nieco caly ten balagan dookola, oswoic sie z predkoscia, do pewnego stopnia dostosowac. Wszystkie te dramaty, ktorych podobno sie pozbywalam lub przynajmniej neutralizowalam, przychodza teraz znienacka na nocne pogaduchy, a ze czasem mam problem z odmowa, przyjmuje je pod wszystkie trzy koce, pod ktorymi spie i dyskutujemy, klocimy sie. Czasem dochodzi nawet do rekoczynow. Jak dotychczas wychodze z tego wszystkiego obronna reka, choc z podkrazonymi oczami. Wsparcie raz jest, raz go nie ma. Puls wciaz niestabilny.

Prognozy, na dzien dzisiejszy, korzystne.

Posted by K at 00:14:38 | Permanent Link | Comments (1) |

Wednesday, February 28, 2007

0.1

Nie ma potrzeby objasniac okolicznosci, ktore sprawily, ze sie tutaj dzis znalazlam. Jestem. Chyba tez nie ma potrzeby usprawiedliwiac sie za bardzo, dlaczego przez ponad pol roku mnie tu nie bylo. Nie bylo mnie w wielu miejscah. Np. na moim wlasnym przyjeciu urodzinowym (i to juz drugim, choc z innych powodow). 

Rany sie zasklepiaja albo przynajmniej zostaja pokryte nowa warstwa skory, by w najmniej oczekiwanych momentach spektakularnie o sobie przypomniec. Nowa masc na alergie pozwolila mi zjesc pierwsza pomarancze od okolo roku. Nigdy nie podejrzewalam, ze lubie je az tak bardzo. Od dwoch godzin slucham tych samych 10 piosenek w kolko i dobrze mi z tym. Kto powiedzial, ze zycie powinno byc urozmaicone? Moze to luty, moze to fakt, ze na palcach jednej dloni moge policzyc dni calkowicie wolne od pracy (zarobkowej) z ostatnich ponad trzech miesiecy, ale czuje wyjatkowo wyraznie, ze jestem zmeczona. Coraz rzadziej pytaja mnie o dowod przed podaniem mi alkoholu (lub po prostu znacznie mniej go spozywam) i wcale mi sie to nie podoba. Nie ruszam sie ani na jote z miejsca, w ktorym jestem, a oni i tak coraz rzadziej pytaja mnie o dowod! Gdybym miala dwojke dzieci pod pacha, to to rozumiem. Niech no chocby miec jakas sprytna kariere w fazie zwyzkowej, ubierac sie w powazne garsonki w obcasach. Ale nie! Nic z tego, a oni wciaz nic!! Czy to juz ostatki? Czy juz musze sie na dobre pogodzic z tym, ze oczekuje sie ode mnie doroslosci? powagi? decyzji? albo przynajmniej jakiegos dyplomu? Przepraszam. Przepraszam za wszystkie rozczarowania jakich kiedykolwiek bylam powodem, badz uczestnikiem. Przepraszam, ze w mojej glowie wszystko wciaz bardziej przypomina kalejdoskop niz peryskop. Przepraszam, ze wciaz nie pozbylam sie wszystkich idealow, wszystkich marzen, wszystkich kompleksow i przewrazliwien, ze jeszcze nie jestem w stu procentach wyplukana z wszystkiego, co kiedykolwiek mialo dla mnie jakiekolwiek znaczenie, ze wciaz pamietam wszystkie rany, ze ciagle lubie dlugo spac, ze jest druga w nocy, a ostatnia rzecza, jaka chodzi mi po glowie jest sen. Przepraszam.

Posted by K at 02:02:51 | Permanent Link | Comments (3) |